niedziela, 7 czerwca 2015

Musisz kupić buty? Masz rozmiar 41? zapraszam do reala



Zakupy przez Internet są wygodne, oszczędzamy czas, czasem nawet  trochę pieniędzy, a upragniony towar przynosi się nam pod drzwi. Więc jeżeli nie przepadamy za kontaktem z ludźmi, od trzech dni siedzimy w domu pod kocem  i kończymy oglądać 5. sezon serialu to zakupy online są dla nas. Oczywiście zakładamy, że z zawartością wszystko jest w porządku i wymiana nie wchodzi w grę. Tutaj następuje rozczarowanie, ponieważ trzecia para butów, po dokładnych odrysowywaniach na kartce i pomiarach stopy okazała się za mała. Posiadaczki rozmiaru obuwia 41 mają przechlapane. Czas wyjść z domu i poszukać czegoś w sklepach...  
  
Celem nie są buty wymyślne, posiadające nawet własne wyjaśnienie na Wikipedii, ot zwykłe czarne trampki typu Slip-on. Po całym dniu spędzonym na poszukiwaniach wracam do domu z niczym. Raz, że w całym Opolu, stolicy województwa, z trzema centrami handlowymi, i w ogóle nie ma zwykłych, czarnych slip-onów, dwa jak już są jakieś w miarę to nie ma rozmiaru 41. Zdesperowana, w przetartych i sfatygowanych już butach, czekających na wędrówkę do kosza, a nie po wszystkich opolskich sklepach decyduję się na inny model, nie muszą być te, niech będą zwykłe zwykłe czarne trampki. Znalazłam, stoją na półce, ide mierzyć. Tu warto wspomnieć, że cała sytuacja z mierzeniem obuwia w sklepach jest koszmarna, ściąganie skarpetek, przechodzenie się po sklepie z jednym butem na nodze, drugim ciągnącym się za nami na gumce przyczepionej do tego buta co zagościł już na naszej stopie, i ludzie, którzy udają, ze nie widzą, nie obserwują ale patrzą.  
Wracając do czarnych trampek, które staram się przymierzyć nie zważając na przeciwności losu. Mimo, że 41 widnieje jak byk na pudełku, to buty zdają się być co najmniej 38, i tak w każdej sieciówce. Zaniżanie przez nie rozmiarówek to widocznie standard, godzę się z tym niechętnie ale jestem zmęczona i musze kupić buty. Po poszukiwaniach, które rozłożone zostały na parę kolejnych dni buty kupiłam. Sklepem, który oferuje rozmiary standardowe, czarne trampki, a przy okazji można kupić mleko, bułki i sałatę okazał się być ... real.

Licencja(t) na zabijanie

Witajcie, jestem Michał i jestem studentem trzeciego roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Opolskim.

Wiecie już o co chodzi? Nie? Dobra, dam Wam podpowiedź. Jest CZERWIEC, a ja jestem na trzecim roku studiów.

Łapiecie już? Zapewne wszyscy studenci trzeciego roku z radością wymachują rączkami dając mi znać, że wiedzą do czego prowadzi moja mała zagadka.

Panie i Panowie, piszę licencjat.

Ok, do rzeczy. Pisanie licencjatu to takie zadanie domowe, które ma udowodnić, że jesteś warty, aby uzyskać dyplom uczelni, na którą uczęszczałeś 3 lata w pogodę i niepogodę, niemalże 10 miesięcy w roku czy Ci się to podobało, czy nie. Licencjat pokazuje, że czegoś się jednak nauczyłeś, coś już o życiu wiesz i najważniejsze, wiesz jak to przekazać. Dziennikarstwo, jest kierunkiem o tyle ciekawym, że Twój licencjat może być o wszystkim. Serio, O WSZYSTKIM. Lubisz piłkę nożną i chcesz pisać o tym jak rozwijała się Twoja ulubiona drużyna na przestrzeni lat? Pisz! Jesteś "fashionistką" i chcesz opisać trendy w modzie na przestrzeni lat? Pisz! Jeżeli jak ja jesteś maniakiem filmowym, nie mogłeś trafić lepiej! Pisanie pracy licencjackiej o filmach jest czymś co było dla mnie oczywistą oczywistością. Filmy zawsze były dziedziną kultury, która żywo mnie interesowała, oglądałem i oglądam filmy nałogowo, dlatego też nie widziałem dla siebie lepszego tematu, aniżeli pisanie o filmach. Dokładnie rzecz ujmując piszę o filmach, które w jakiś sposób poruszają tematy tabu, albo mówią o kwestiach powszechnie uznawanych za zjawiska patologiczne. Nie będę zagłębiać się dalej, żeby Was nie zanudzić, notka jest trochę o czym innym. Nie do końca, ale jednak. 

Piszę licencjat i nie mam czasu na życie. Licencjat jest złodziejem czasu. Kiedyś miałem czas obejrzeć jakiś serial, wyjść gdzieś ze znajomymi, czy przeczytać książkę. I nie nie chodzi mi o książkę naukową! Wierzcie mi, książek o naturze filmu, o patologiach, uzależnieniach, dewiacjach, encyklopedii czy słowników języka filmowego naczytałem się na kolejne 10 lat. Nieustanne poprawki pracy, kolejne wersje, nowe książki i artykuły naukowe podsuwane przez promotora – swoistego capo di tutti capi każdego broniącego się studenta – są czymś co przez wieki będzie mi się śnić po nocach. Powoli czytając moją pracę przyłapuję się na tym, że znam ją na pamięć i tylko bezwiednie recytuje poszczególne rozdziały. Wysyłanie kolejnej wersji pracy promotorowi jest rytuałem, który zapamiętam do końca życia – duma zmieszana ze zmęczeniem, następnie kliknięcie WYŚLIJ i gotowe. Teraz tylko czekać na wiadomość zwrotną z listą rzeczy, które znowu wymagają poprawki, akapitów, które trzeba usunąć i niezliczonej ilości tych, które trzeba wstawić w oparciu o książki, encyklopedie, słowniki i artykułu naukowe. 

Obecnie jestem na etapie oczekiwania na odpowiedź ze wskazówkami co jest dobrze (niewiele) a co wymaga niezwłocznej poprawki (aż tyle?!). 

W chwilach zwątpienia lubię sobie myśleć co zrobię już po obronie. Będę płakać godzinami z mieszanki wycieńczenia, radości, ulgi, dumy. To na pewno. Potem pójdę pewnie spać, na rok. Plus minus dwa lata. Następnie zjem coś, bo licencjat i stres z nim związany spowodował, że żywiłem się waflami ryżowymi, pieczywem chrupkim, zupkami z kubka i kawą, która w niedługim czasie wyparła inne posiłki. Kawa, kawa, kawa. W celu zjedzenia czegoś dobrego pojadę do domu, wcześniej zamówię u mamy moje ulubione danie, tak by czekało na mnie jak przyjadę. Będę czytać książki, te, które kupiłem, ale nie miałem okazji przeczytać więcej niż 5 stron. Nadrobię zaległości w serialach, bo wszyscy mówią o tym co się stało w finale danego serialu, a ja muszę zatykać uszy. Koniec z tym! I wreszcie, po wykonaniu wszystkich powyższych czynności przyjdzie czas na ostatnią, najważniejszą. Otóż, wezmę głęboki oddech, tak głęboki jak dno oceanu spokojnego, taki od którego niemalże popękają mi żebra. Taki mam plan.

Tematy na śniadanie



Jaki jest prosty sposób na to, aby w szybkim tempie i skondensowanej formie dowiedzieć się jak radzić sobie z alergią, jakie jogurty powinniśmy wybierać, jak przyrządzić pięć past do chleba z rzodkiewki, a w międzyczasie obchodzić 65. urodziny ze Zbigniewem Wodeckim? Wystarczy włączyć poranne programy śniadaniowe. 
  
W polskiej ofercie telewizyjnej mamy do wyboru dwie śniadaniówki – publiczną i komercyjną propozycję. TVP z „Pytaniem na Śniadanie” i „Dzień Dobry TVN” co rano walczą o widza wymyślając najprzeróżniejsze tematy. Mimo, że programy nadawane są prawie codziennie wątków nigdy im nie brakuje.  
Dobrym sposobem na uniknięcie pustki tematycznej jest lekka modyfikacja. Zatem, wiemy już  jak radzić sobie z alergią, natomiast teraz  dowiemy się co jest najczęstszym alergenem, i jak z alergią radzi sobie znana blogerka. Umiemy wybrać odpowiedni dla nas jogurt, teraz przyszedł czas na analizę mleka, masła albo maślanki. Idąc dalej w spożywcze klimaty -  pasty do chleba z rzodkiewki w następnym odcinku zastąpią pasty z pomidorów, cebuli albo coś na słodko – bananów, a na przyjęcie urodzinowe zaprosi nas już niestety, a może stety ktoś inny. 
Najświeższe tematy, które według TVN-owskiego programu porannego nurtują, bądź nurtować powinny zaspanych Polaków to: Jakimi turystami jesteśmy? Orientacja kontra polityka oraz czy śpiewamy w samochodzie? Sprawdził to Filip Chajzer a  Anna Maria Wesołowska i Krzysztof Respondek potwierdzili, że lubią pośpiewać. Natomiast „Pytanie na Śniadanie” podpowie co zrobić gdy dwunastolatka chce zacząć się malować, dlaczego Olaf Lubaszenko chudnie i grubnie, grubnie i chudnie oraz jak nosić zmywalny złoty tatuaż identycznie jak sama Edyta Górniak.  
Jeden odcinek programu dostarcza nam więc  pełną dawkę niezastąpionych porad w rozmaitych dziedzinach życia. 

Osobiście nie mówię, że nie lubię, gdyby nie DDTVN ominęło by mnie parę ważnych perełek, takich jak pamiętna „gitarzystka” Angelika Fajcht. Poza tym te pasty do chleba są dobre.

Życzenia dla Eurowizji 2016

Konkurs Eurowizji zawsze kojarzy się z obciachem. Prezentowane tam piosenki przez lata przypominały bardziej tani kabaret, niż cos czego chciałoby się i dałoby się słuchać. Jednak gdyby nie konkurs pewnie nigdy nie dane by mi było zobaczyć reprezentacji Ukrainy z 2007 roku  - kosmiczną Verke Serduchke i jej Dancing Lasha Tumbai, Finlandzkie "rockowe" Lordi z 2006 roku czy Buranowskije Babuszki z Rosji, które w 2012 roku zaszczyciły nas piosenką "Party for everybody".  


Nagle w 2014 roku coś się zmieniło i mimo, ze komercyjne, mainstreamowe rozwiązania muzyczne pozostały to podano je w bardziej przystępnej formie. Eurowizja nie ma za zadania promowania niszowych, poszukujących swojej drogi artystów (a szkoda) tylko co roczne wykreowanie hitu dla Europy. Tak tez się stało, dwie piosenki, które weszły do finału konkursy okazały się potem wysoko notowanymi, granymi w wielu krajach przebojami - Elaiza z Niemiec z piosenką "Is it right!" oraz damsko-męski duet z Holandii - The Common Linnets,  i ich "Calm after the storm". Oczywiście Eurowizje 2014 rozpowszechniła najbardziej sama wygrana Conchity Wurst, która współprowadziła również tegoroczna edycje konkursu. Mówiąc zatem o edycji tegorocznej, na scenie nie zagościli kosmici czy przebrani za potwory, zwierzęta i banany muzycy. Jakimś cudem oglądając show nie trzeba było wybierać jednej najlepszej z najgorszych piosenek. Sama wygrana "Heroes" nie jest powodem do wstydu, taneczna, skoczna, można pośpiewać, a Mans Zelmerlowe godnie reprezentuje Europejską wspólnotę. Dużą uwagę zyskał również reprezentant Belgii, który według Artura Orzecha (co roku komentującego dla Polski show) miał zbyt dobra piosenkę, z czym osobiście całkowicie się zgadzam. 19 latek, Loic Nottet wyznaczył moim zdaniem kierunek, w którym  Eurowizja iść powinna.  



Przyszłoroczna edycja zgodnie z zasadami konkursu odbywać się będzie w zwycięskim kraju czyli Szwecji. Biorąc pod uwagę ostatnie zmiany w wysyłaniu swoich przedstawicieli oraz jakość wygranej piosenki zapowiada się show na stabilnym, dającym się oglądać poziomie. Nadzieja również, i w polskiej reprezentacji, która albo ubija masło jak Donatan i Cleo albo próbuje nas rozczulić jak Monika Kuczyńska 

Quo Vadis, Świecie?

Internet-właściwie co to słowo oznacza? Rozkładając je na czynniki pierwsze „Inter”- oznacza „między”, natomiast „net”-jest skrótem od ”network”- oznaczającego sieć - uzyskujemy więc „międzysieć”. Słowo „sieć” jest tutaj niezwykle ważne gdyż wszyscy obecnie żyjący ludzie dają się w tą sieć złapać, mniej lub bardziej świadomie. Moją dość śmiałą tezę tym co zauważyłem ostatnio na popularnym portalu społecznościowym „facebook”. 

Facebook dla jednych jest miejscem w którym możemy znaleźć przyjaciół z dzieciństwa, kolegów z dawnej szkoły, odnowić dawne kontakty. Jest to fantastyczne, że technologia pozwala nam na utrzymanie więzi z tymi, którzy są tysiące kilometrów od nas. 
Dla tych drugich jednak facebook jest miejscem publicznego obnażania swojego życia, dzielenia się wszystkim co się dzieje dookoła nich, a często nawet uzależnieniem. 

W dobie internetowych znajomości, portali randkowych, „facebookowe związki” nie są niczym niespotykanym. Coraz częściej widzę osoby które każdym mniej lub bardziej poważnym kryzysem dzielą się ze swoimi znajomymi tym samym ograbiając siebie i swojego partnera z resztek godności. Gdy widzę jak dziewczyna radzi się na Facebooku swoich koleżanek czy ma zerwać ze swoim chłopakiem, podczas gdy ten może swobodnie we wszystkim „uczestniczyć” poprzez ekran komputera, zastanawiam się dokąd zmierza ten świat. Ale czego można oczekiwać po społeczności 21 wieku, która żyje szybko, szybko kocha i tak samo szybko się odkochuje. Jestem w tym wieku, że część z moich kolegów ma już żony i dzieci, koleżanki natomiast albo są w ciąży, albo już posiadają co najmniej (!) jedno dziecko. Nie zrozumcie mnie źle, nie ma w tym nic złego. Nie rozumiem tylko dlaczego bombardują mnie oni niejako zdjęciami ich pociech, informacjami na temat stanu zdrowia potomka, kolorze kupki czy terminie umówionej wizyty u lekarza. Czasem czuje, że wiem o ich dziecku więcej niż o własnej siostrze czy bracie. Czy ludzie w dzisiejszych czasach dobrowolnie oddali swoją prywatność "na cele Facebook'owe"? 

Też kiedyś byłem osobą, która dzieliła się prywatnymi szczegółami z życia na Facebook'owej stronie głównej. Tyle tylko, że u mnie były to nie zdjęcia dzieci czy żony, ale zdjęcia z imprez ze znajomymi. I dziś nie widzę niczego złego jeżeli co jakiś czas ktoś udostępni jakieś zdjęcie czy status, od tego przecież Facebook jest - żeby dzielić się ze znajomymi tym co się u nas dzieje. 

Obecnie jednak zrobiłem sobie swoistego rodzaju odwyk od Facebooka. Spokojnie, nie usunąłem konta - to w dzisiejszym świecie byłoby postrzegane w kategoriach społecznego samobójstwa. Mój odwyk polega na tym, że w ciągu ostatnich 6 miesięcy udostępniłem 8! - słownie OSIEM piosenek na mojej tablicy, usunąłem zdjęcie profilowe oraz usunąłem połowę znajomych, z którymi nie utrzymywałem albo nie mam dłużej zamiaru utrzymywać kontaktu. Pytany o powody tłumaczę, że pewnego dnia zobaczyłem, jak bardzo moje życie kręciło się wokół "Fejsa" i nie spodobało mi się to, w jaki sposób trzyma on nade mną władzę. Od tego momentu, to ja dyktuje warunki i mówię co, gdzie i kiedy zechcę upublicznić. Polecam taki odwyk każdemu, bo wtedy człowiek ma czas na inne rzeczy, łapie się swego rodzaju dystans do tego co dzieje się w "wirtualnej wiosce".  

Nie wiem czy to moje postrzeganie świata jest „staromodne” czy jest to wina świata który codziennie coraz bardziej wymyka nam się z naszych rąk. Jedno wiem na pewno: Jeżeli świat dalej będzie szedł w tym kierunku -  obdzierania się z prywatności i ciągłej potrzeby "uczestniczenia" w wirtualnym świecie, to grozi nam nie tyle koniec świata, co koniec więzi międzyludzkich.

Trzy słowa przykuwające uwagę



Szpan lans i dostatek.
Słowa na pozór łudząco podobne, jednak przy bliższym poznaniu ich reprezentantów różnica jest znaczna.
Warto zacząć od zdefiniowania określeń: szpaner, lanser i człowiek żyjący w dostatku.
Szpaner - osobnik gatunku ludzkiego (najczęściej mężczyzna w wieku około 25 lat). Ubrany schludnie nieco dystyngowanie i oficjalnie, przywiązujący uwagę do markowych ciuchów oraz eksponowania wszelkich możliwych metek i znaków fabrycznych mówiących "stać mnie". Firmy no name nie wchodzą w grę. Zarabia około 2 tysięcy głównie dzięki nazwisku tatusia. Jego wydatki ograniczają się do "ja" oraz "moja fura". Poza prezencją i samochodem nie ma zbyt dużo do zaoferowania potencjalnej wybrance.
Lanser - osiedlowy gangster, nieco niski i krępy, bez poczucia gustu i smaku, średnio znający się na modzie, ze znanych marek rozróżnia jedynie "stoprocent" i "mass91". Eksponuje to co ma, nie metki na ubraniach lecz połyskujące złotem kajdany, sikory i łańcuchy (bo łańcuszkiem tego nazwać nie można). Inteligencję i bystrość umysłu dobrze odzwierciedla jego wizerunek, patrzysz i wiesz, że myślicie innymi kategoriami.
Człowiek dostatku - czym właściwie jest dostatek? Jaka jest różnica między szpanem, lansem a dostatkiem? Czy dostatkiem można nazwać np. markową odzież? Czy buty nike już się zaliczają w kategorii lansu bądź szpanu? Szczerze wątpię. Przywiązanie do dobrej marki, jakości i stylu nie nosi tego znamienia.
Bez ostentacyjnego obnoszenia się z pieniędzmi spokojnie można je nosić, bez obaw narażenia się na przydomek bufona, pozera czy nadętego ważniaka. Pewien procent społeczeństwa polskiego może odnaleźć tutaj swoje drugie "ja" o którym pojęcia do tej pory nie miało, albo udawało, że nie ma. Bądź co bądź, warto mieć swój unikatowy styl.


Miasto Warszawa


Jadę autobusem uważnie patrząc przez okno i podziwiając majestat szklanych wieżowców, niedziela, późna godzina – około 22, robią wrażenie. Nie jeden oddałby wszystko za swoje 5 minut tutaj. W jednym z nich, a potem w następnym i kolejnym widzę pojedyncze światła pozapalane jak lampki na choince w powypalanym komplecie, a w nich anonimowych Kowalskich uczestniczących całymi dniami, bez chwili wytchnienia w wyścigu szczurów. Właśnie dlatego czuje się obco w stolicy.
Czemu Warszawiacy są inni? Nie są, bo czemu niby? Nie brali udziału w genetycznych eksperymentach jak Incredibile Hulk czy Captain America, to czemu natomiast czuje się tak obco w tym mieście, tak, jak w żadnym innym? Jadąc metrem nigdy nie mam poczucia anonimowości, jakie powinno mi toważyszyć w tak dużym mieście jak te. Czemu tak się dzieje? Sądzę, że właśnie dlatego, że nie chcę być jednym z nich. Jednym z tych Janów Kowalskich, którzy w pogoni za każdą złotówką zatracają się powoli w pracy, ambicjach i pragnieniach bycia tym najlepszym, nie dostrzegając nic poza tym.
Warszawska pogoń za pieniędzmi przypomina mi wygłodniałe lwy na sawannie, walka bez żadnych zasad i wartości.
Czemu ten gatunek ludzki, jak żaden inny, jest tak spragniony sławy, pieniędzy i statusu społecznego? Może to sama Warszawa w swej istocie tego wymaga? Przecież “jestem ze stolicy”a to chyba zobowiązuje....




Sezon potowy uważam za otwarty

Nie mam samochodu, prawa jazdy i orientacji w terenie. Z kategorii transportu pozostają mi moje nogi, które, mimo że towarzyszą mi od zawsze, czasem odmawiają posłuszeństwa, albo to może wina mojego lenistwa. Kwestia sporna. Jest jeszcze rower kupiony w zeszłe wakacje na giełdzie nazwaną niegdyś..samochodową, gdzie o ironio ani pół samochodu nie ma na sprzedaż, ale za to jest stos szpargałów, rupieci i dupereli. Ale moja równowaga na dwukołowym pojeździe bywa nieco wątpliwa, o czym miałam już okazje się przekonać w bliskim zetknięciu mojej twarzy z betonem. Wybór pozostaje więc jeden..autobus. No niestety, jak nie ma się ochoty chodzić pieszo to trzeba znosić trudy wspólnoty autobusowej, która niestety bywa ciężka w pożyciu. Pierwsze starcie już przed wejściem, wyścig do drzwi i wymierzenie pozycji stojącego tak, aby drzwi otworzyły się idealnie przed nim, Będąc po drugiej stronie drzwi, w środku, szanse na wyjście z autobusu maleją, gdyż napierający tłum w godzinach szczytu komunikacji jest skoncentrowany na zajęciu najlepiej usytuowanego miejsca, czyli najbliżej wyjścia, przy oknie (którego i tak notabene nie otworzy) i z honorowym miejscem dla siatek z zakupami, które też są zmęczone podróżą. Jeśli będziesz tym szczęśliwcem, któremu uda się zająć miejsce, Twoja podróż powinna przebiegać spokojnie i bez większych problemów, o ile w upalne dni ktoś obok Ciebie nie postanowi trzymać ręki nad Twoją głową i tym samym otworzyć sezonu potowego, który de facto może Cię dopaść w każdym zakątku autobusu. Nigdzie nie można czuć się pewnie i bezpiecznie.Inny problem dotyka tych stojących, którzy nierzadko traktowani są przez kierowcę jak worek ziemniaków, obijający się o siebie na wszystkie strony. Spokój i harmonię podczas  podróży zaburzają również osoby, które w obawie przed tym, że nie zdążą wysiąść z autobusu, już 3 kilometry wcześniej przepychają się do wyjścia, tym samym zmuszając innych do przepuszczenia ich i do oderwania ręki od poręczy. Skutkuje to utratą równowagi, upadkiem, czy popchnięciem, co w sytuacji trafienia na mało życzliwego pasażera obok może być tragiczne w skutkach. Tak wygląda jazda autobusem, które zarazem kocham i nienawidzę za swoją różnorodność.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Czapka Gate

Wystarczy jedna czapka, żeby cała polska opinia publiczna zaczęła wrzeć. Chodzi o nakrycie głowy „ozdobione” symbolem SS, które na tegorocznej edycji Fashion Week Poland w Łodzi miał na sobie Michał Witkowski. Witkowski znany jest szerszemu gronu odbiorców jako ceniony pisarz, laureat Paszportu Polityki oraz laureat Literackiej Nagrody Nike. Od mniej więcej roku realizuje się również jako blogerka modowa o pseudonimach „Miss Gizzi” oraz „Michaśka”. Jego niecodzienne modowe stylizacje na wielu eventach medialnych wzbudzały u jednych podziw wynikający z odwagi, z jaką Witkowski łamie wszelkie modowe granice, a innych nowa stylistyka pisarza odrzucała.

Pojawiały się pytania o sens tego typu zachowania, przykładowo:

„To mój ulubiony współczesny pisarz polski jednak nie potrafię znaleźć sensu tych jego prowokacji...po co mu to parcie na ściankę? kompletnie niefotogeniczny i robi z siebie błazna... za to jego "Lubiewo" czy Drwal" genialne!” - napisał ktoś na jednym z portali społecznościowych.

Michaśka nigdy nie ukrywał, iż jego zachowanie jest kreacją artystyczną i nie ma ono wiele wspólnego z tym, kim Witkowski jest prywatnie. Coraz częściej pojawiają się głosy, jakoby zatracił granicę między tym, co jest kreacją artystyczną, a co rzeczywistością. Wiele osób zarzucało mu, że jest to tania próba promocji jego książki „Zbrodniarz i dziewczyna” (2014). Wodą na młyn krytyków Witkowskiego, jest to, że mimo zakończenia prac nad książką, Michaśka dalej pozowała na ściankach ubrana w wielobarwne, zwracające uwagę stylizacje. 



No właśnie, ostatnimi czasy nawet ja, który wcześniej popierałem to co robił Michaśka, uważam pomysł z wyjściem w czapce z symbolem SS o przysłowiowy jeden krok za daleko. Witkowski tłumaczy się, że dostał czapkę od swojego stylisty i nie miał powodu podejrzewać, że przysporzy mu tylu problemów. Zaraz po opublikowaniu zdjęć z tego eventu, w mediach rozpętała się burza na temat stylizacji Witkowskiego. 


Na jej temat wypowiedziały się takie osoby jak Filip Chajzer, który napisał na swoim fanpage'u na FB:

"Jedno pytanie. Czy na tej pustej imprezie nie było ani jednego rozsądnego człowieka, który zdzieliłby go w ten pusty łeb? Ja rozumiem, moda, skrzywienie psychy, kretyńska homo bohema, ale na miłość boską, są jakieś granice!"

W sprawie zabrała również głos blogerka modowa Dorota Wróblewska, która skrytykowała stylizacje:

"Od pewnego czasu przekracza granice dobrego smaku, a tym razem także granice prawa. Sięgnął po symbolikę oddziałów SS, które stanowiły załogi obozów koncentracyjnych i były najpotężniejszą organizacją III Rzeszy. Jej członkami byli najbardziej fanatyczni i bezwzględni zwolennicy nazizmu. Dla mnie paski na czapce są nawiązaniem do obozowych strojów dla więźniów. Cała stylizacja jest bulwersująca. Nie można się bawić historią, która dla wielu nie jest i nie była zabawą." - napisała na swoim fanpage'u na FB.

Zarzuty jakoby zachowanie Witkowskiego było wysoce bezmyślne, są jak najbardziej uzasadnione. Przecież każdy, nawet średnio rozgarnięty obywatel naszego kraju, a już na pewno uznany pisarz będzie wiedział jakie konotacje wiążą się z dwiema literami S obok siebie. Wśród zarzutów pojawiły się jednak również takie, jakoby celem Witkowskiego było promowanie ideologii faszystowskiej. Całą sprawą zajęła się już nawet prokuratura po doniesieniu o popełnieniu przez Witkowskiego przestępstwa. W mojej opinii, czym innym jest celowe szokowanie Witkowskiego, a czym innym propagowanie faszyzmu. Prokuratura ochoczo zajęła się tą sprawą w zastraszająco szybkim tempie. Szkoda tylko, że gdy ludziom dzieje się poważna krzywda i życie ludzkie jest zagrożone, organy tego typu działają znacznie wolniej. Nie można w prawdzie wykluczyć, tego iż Witkowski potajemnie w zaciszu domowym jest nazistą, salutującym do plakatu Hitlera, jednak uważam to za głupotę pokroju tłumaczeń mężczyzn, jakoby to pralka była odpowiedzialna za ich znikające skarpetki. O ile zgubione skarpetki można bez problemu odkupić, o tyle czas, jaki krytycy trwonią na tą sprawę, jest nie do odzyskania.