Witajcie, jestem Michał i jestem studentem trzeciego roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Opolskim.
Wiecie już o co chodzi? Nie? Dobra, dam Wam podpowiedź. Jest CZERWIEC, a ja jestem na trzecim roku studiów.
Łapiecie już? Zapewne wszyscy studenci trzeciego roku z radością wymachują rączkami dając mi znać, że wiedzą do czego prowadzi moja mała zagadka.
Panie i Panowie, piszę licencjat.
Ok, do rzeczy. Pisanie licencjatu to takie zadanie domowe, które ma udowodnić, że jesteś warty, aby uzyskać dyplom uczelni, na którą uczęszczałeś 3 lata w pogodę i niepogodę, niemalże 10 miesięcy w roku czy Ci się to podobało, czy nie. Licencjat pokazuje, że czegoś się jednak nauczyłeś, coś już o życiu wiesz i najważniejsze, wiesz jak to przekazać. Dziennikarstwo, jest kierunkiem o tyle ciekawym, że Twój licencjat może być o wszystkim. Serio, O WSZYSTKIM. Lubisz piłkę nożną i chcesz pisać o tym jak rozwijała się Twoja ulubiona drużyna na przestrzeni lat? Pisz! Jesteś "fashionistką" i chcesz opisać trendy w modzie na przestrzeni lat? Pisz! Jeżeli jak ja jesteś maniakiem filmowym, nie mogłeś trafić lepiej! Pisanie pracy licencjackiej o filmach jest czymś co było dla mnie oczywistą oczywistością. Filmy zawsze były dziedziną kultury, która żywo mnie interesowała, oglądałem i oglądam filmy nałogowo, dlatego też nie widziałem dla siebie lepszego tematu, aniżeli pisanie o filmach. Dokładnie rzecz ujmując piszę o filmach, które w jakiś sposób poruszają tematy tabu, albo mówią o kwestiach powszechnie uznawanych za zjawiska patologiczne. Nie będę zagłębiać się dalej, żeby Was nie zanudzić, notka jest trochę o czym innym. Nie do końca, ale jednak.
Piszę licencjat i nie mam czasu na życie. Licencjat jest złodziejem czasu. Kiedyś miałem czas obejrzeć jakiś serial, wyjść gdzieś ze znajomymi, czy przeczytać książkę. I nie nie chodzi mi o książkę naukową! Wierzcie mi, książek o naturze filmu, o patologiach, uzależnieniach, dewiacjach, encyklopedii czy słowników języka filmowego naczytałem się na kolejne 10 lat. Nieustanne poprawki pracy, kolejne wersje, nowe książki i artykuły naukowe podsuwane przez promotora – swoistego capo di tutti capi każdego broniącego się studenta – są czymś co przez wieki będzie mi się śnić po nocach. Powoli czytając moją pracę przyłapuję się na tym, że znam ją na pamięć i tylko bezwiednie recytuje poszczególne rozdziały. Wysyłanie kolejnej wersji pracy promotorowi jest rytuałem, który zapamiętam do końca życia – duma zmieszana ze zmęczeniem, następnie kliknięcie WYŚLIJ i gotowe. Teraz tylko czekać na wiadomość zwrotną z listą rzeczy, które znowu wymagają poprawki, akapitów, które trzeba usunąć i niezliczonej ilości tych, które trzeba wstawić w oparciu o książki, encyklopedie, słowniki i artykułu naukowe.
Obecnie jestem na etapie oczekiwania na odpowiedź ze wskazówkami co jest dobrze (niewiele) a co wymaga niezwłocznej poprawki (aż tyle?!).
W chwilach zwątpienia lubię sobie myśleć co zrobię już po obronie. Będę płakać godzinami z mieszanki wycieńczenia, radości, ulgi, dumy. To na pewno. Potem pójdę pewnie spać, na rok. Plus minus dwa lata. Następnie zjem coś, bo licencjat i stres z nim związany spowodował, że żywiłem się waflami ryżowymi, pieczywem chrupkim, zupkami z kubka i kawą, która w niedługim czasie wyparła inne posiłki. Kawa, kawa, kawa. W celu zjedzenia czegoś dobrego pojadę do domu, wcześniej zamówię u mamy moje ulubione danie, tak by czekało na mnie jak przyjadę. Będę czytać książki, te, które kupiłem, ale nie miałem okazji przeczytać więcej niż 5 stron. Nadrobię zaległości w serialach, bo wszyscy mówią o tym co się stało w finale danego serialu, a ja muszę zatykać uszy. Koniec z tym! I wreszcie, po wykonaniu wszystkich powyższych czynności przyjdzie czas na ostatnią, najważniejszą. Otóż, wezmę głęboki oddech, tak głęboki jak dno oceanu spokojnego, taki od którego niemalże popękają mi żebra. Taki mam plan.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz